Historia pewnej niesamowitej przyjaźni

Opowiem Wam dzisiaj historię. Będzie to opowieść o przyjaźni, bardzo wyjątkowej. Na samo wspomnienie czuję, że uczucia mi się skraplają, a nos zaczyna zalewać wodnista fala. Jeszcze żaden z wpisów nie był tak osobisty i napisanie żadnego z nich nie było dla mnie tak ważne. Czasem człowiek bardzo potrzebuje przelać na papier czy wyklikać na klawiaturze kilka słów, które wyrażą to co czuje. To podobno świetna forma terapii, więc czemu nie spróbować?

Są momenty w życiu matki, gdy brakuje jej słów. Ja tych słów mam teraz wiele, ale kilka dni temu nastąpiła taka chwila, gdy nie mogłam z siebie nic wykrztusić. Zaczęło się niewinnie, od pisania listu do Świętego Mikołaja. Właściwie nie ja go pisałam, a moje dzieci. Na stole leżały, puste kartki, opakowanie flamastrów i stos gazetek reklamowych pomocnych przy wypisywaniu życzeń. Damian przeglądał inspiracje wykrzykując co chwilę „o to bym chciał”, „to jest super”. Krzyś w tym czasie sięgnął po papier, ołówek, szybko coś napisał i poprosił o kopertę. Zdziwiłam się, że tak szybko zamknął listę. Zastanawiałam się co za wymarzony prezent mój starszy syn ma na myśli. Pozwolił mi przeczytać. A w liście było tylko jedno zdanie: „Kochany Mikołaju, bardzo Cię proszę przynieś mi mojego pieska z nieba, Borysek ma na imię”. Tylko tyle i AŻ tyle…

Historia zaczyna się mroźnego zimowego poranka. W życiu Krzysia pojawiło się wtedy wiele zmian. Ktoś mógłby pomyśleć, że zbyt wiele jak na niespełna dwulatka. Od kilkunastu dni mieszkał w nowym domu, w swoim własnym pokoju. Od kilku dni w łóżeczku spał jeszcze mniejszy człowiek, nazywany młodszym bratem. A przed chwilą w drzwiach wejściowych stanął on. Był to dziwny stwór o pręgowanej sierści, stał na czterech koślawych łapach i machał przyjaźnie czymś co w założeniu miało przypominać ogon, ale było bardzo krótkie. Wystarczyło jedno spojrzenie ciemnych oczu i Krzysiek zrozumiał, że oto w drzwiach stanął powiernik jego sekretów, puchata poduszka i najlepszy kompan do poznawania podwórka. Borys miał na imię. Od tego momentu wszystko się zmieniło. Razem rośli, razem spacerowali, nawet razem odpoczywali.

Borys podbił serca wszystkich domowników. Był fantastycznym psem. Na spacerach chodził przy nodze, na smyczy nigdy nie ciągnął, spokojnie pozwalał się prowadzić nawet dziecku. Był zawsze gotowy na wariackie wygłupy, ale i zawarknąć potrafił, gdy ktoś obcy zbliżał się do furtki. Choć niektórzy mówili, że tak wielki pies (rasa cane corso) to niebezpieczeństwo przy dziecku, my wiedzieliśmy swoje. A dokładniej przekonaliśmy się o tym w chwili, gdy Damian uczył się chodzić i nadepnął śpiącemu psu na wargę. Borys zerwał się na równe łapy z żądzą mordu w oczach, ale gdy zobaczył kto był sprawcą całego zamieszania, jak gdyby nigdy nic, poszedł dalej spać. Od tego momentu wiedzieliśmy już, że możemy mu ufać bezgranicznie.

Nie myślcie sobie jednak, że wszystko było idealne. Miał też swoje za uszami. Jakakolwiek zabawka nie zostałaby na podwórku, znikała pogryziona. W naszym domu to nie pralka porywała skarpetki, ale właśnie pies. Potem wszystkie się znajdowały, ale niestety w psich odchodach. Mimo posiadania sporej działki, ogródek warzywny musieliśmy przenieść na balkon. Wszystko skubaniec wykopywał. Ale i tak dla nas był psem idealnym.

Chłopcy rośli, wyrastali z pieluch, zmieniali rozmiary ubrań na większe, a Borys rósł razem z nimi. Wyrósł na naprawdę dużego i silnego psa. Psa, który niczego się nie boi i nie pokazuje bólu. I właśnie ta ostatnia cecha go zgubiła. Po przeżyciu pięciu lat pokonała go choroba. Okropny rak. Z silnymi przerzutami. Na ratunek było już za późno. Odszedł na stole operacyjnym. Nie udało się mu pomóc.

Moment, w którym musieliśmy powiedzieć chłopcom, że nie pojedziemy do szpitala odwiedzić Boryska chyba nigdy nie zniknie z naszej pamięci. Płakali. To nawet mało powiedziane. Nie mogliśmy ich uspokoić. W jednej chwili radośni młodzi chłopcy, zaczęli z nami rozmawiać o umieraniu. Nie chcieli się modlić, bo Pan Jezus zabrał im Boryska. Nie chcieli wychodzić z domu, bo w każdym kącie podwórka go widzieli. To była najtrudniejsza rozmowa jaką musieliśmy przeprowadzić z własnymi dziećmi. W tym momencie na sercu matki pojawiła się pierwsza rysa, bo usłyszeć od zapłakanego pięciolatka, że nie chce żyć, bo woli być w niebie razem ze swoim ukochanym psem to takie uczucie, że do dziś nie umiem nazwać go odpowiednimi słowami.

Przez ostatnie pół roku, raz na jakiś czas wracamy do tematu. Każdy napotkany na drodze pies przypomina im, że Boryska już nie ma. Każda czytana na dobranoc bajka, musi najpierw przejść moją cenzurę, bo jeśli okaże się, że jest w niej pies, nie będą spać tylko szlochać, aż zasną ze zmęczenia. Nawet zwykła lekcja religii może skończyć się wybuchem płaczu, gdy zakonnica postraszy piekłem. Nasze dzieci marzą o tym by pójść do nieba, bo właśnie tam czeka ich ukochany pies.

Czy w takim razie żałuję, że w naszym domu pojawił się pies? Nie, nigdy nie powiem, że te pięć lat było stracone. To było najlepsze co mogło spotkać moje dzieci. Przez ten krótki czas Borys nauczył ich odpowiedzialności, szczerej bezgranicznej miłości i troski o przyjaciela. Do dziś trzymam w telefonie filmiki, na których Krzyś wtulony w psa śpiewa mu piosenki o tym jak bardzo go kocha. Z łzami w oczach oglądam zdjęcia, na których jest nasz kudłaty przyjaciel. I sama też strasznie za nim tęsknię.

Gdyby pewien przemiły starszy pan z długą brodą i zastępem elfów potrafił spełniać marzenia, nawet te najmniej realne, napisałabym do niego jedno zdanie: „Kochany Mikołaju, proszę Cię spełnij życzenie Krzysia”.

cane corso

najlepszy przyjaciel

dziecko i pies

pies cane corso

pies

pies przy dziecku

Zapisz


Cześć! Miło mi, że zajrzałaś na moją stronę! Jestem Sylwia - mama dwóch fantastycznych chłopców, miłośniczka trendu "Zrób to sam" i wyszukiwania trików ułatwiających życie (albo raczej nic nierobienie). Czytam książki prawie tak szybko, jak biegam za dziećmi, wolne chwile spędzam na spacerach szukając ciekawych kadrów.

Polub moją stronę na Facebooku: https://www.facebook.com/Mamawdomu/
Zajrzyj na mój Instagram: https://www.instagram.com/mamawdomu//
Zerknij również do mojego sklepu: http://www.mamawdomu.pl/sklep//


Reklama:
Będzie mi miło, gdy podzielisz się tym wpisem z innymi 🙂
Share on Facebook
Facebook
Share on LinkedIn
Linkedin
Tweet about this on Twitter
Twitter
Email this to someone
email
Share on Google+
Google+
Pin on Pinterest
Pinterest

6 komentarze/y w poście “Historia pewnej niesamowitej przyjaźni

  1. `Wiadomo, że w takiej sytuacji nie żałuje się tych łez itd tylko wspomina miłe chwile. Czytając jak ta historia się skończyła aż mi się w oku zakręciła łezka.. Przykra sprawa. 🙁

  2. Zarazem bardzo smutna historia i dlatego aż mi łzy poleciałay ale z drugiej piękna historia przyjaźni. W końcu pies to najlepszy przyjaciel. Też mieliśmy psa. I też morze łez poszło w domu bo pies był bardzo chory. Teraz mamy kota.

  3. Dziś rano rozmawiałam z naszym nastoletnim synem o naszym ukochanym Zicu, który zmarł 4 lata temu na raka. W styczniu mieliśmy brać kolejnego psa, ale im bliżej było do nowego roku, tym bardziej czuliśmy, że za wcześnie, że Zica nikt nie zastąpi. Odwołaliśmy rezerwację. I dalej po cichu sobie płaczemy jak oglądamy wspólne zdjęcia.

    • Właśnie też się tego obawiam, że „nowego” psa będziemy ciągle porównywać do Borysa, a żaden nie będzie taki sam. Dlatego chwilowo przygarnęliśmy kota. Kociak jest słodki, ale to też niestety nie to samo…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *