Niedziela dniem dla rodziny! Czy to jakiś żart?

Na myśl by mi nie przyszło, że rozmowa zasłyszana w kolejce do kasy w markecie, może mnie zainspirować do napisania tekstu. Pomyślisz pewnie, że jestem niekulturalna i niczym ta nielubiana sąsiadka spod „8”, stoję ze szklanką przyłożoną do ściany. Po prostu czekając na swoją kolej, mimowolnie do mych uszu docierają strzępki rozmów. A ta podsłuchana rozmowa dotyczyła tego czy sklepy powinny być zamknięte czy też otwarte w niedziele. „Przecież to powinien być dzień dla rodziny, a te biedne panie na kasach muszą pracować!”. Tak brzmiało zdanie jednej z klientek. Moje myśli zamiast do sklepów z karteczką „zamknięte” lub „otwarte”, wybiegły do tematu czy faktycznie niedziela jest dniem dla rodziny …

niedziela dzień rodziny

Otworzyłam szufladkę z napisem „kalendarz” w mojej głowie i przejrzałam na szybko co takiego robiliśmy jedną, dwie czy trzy niedziele temu. I znalazłam! Tak, udało mi się! Większość niedzieli spędziłam ze starszym synem. Pełen sukces! Dosyć dużo czasu spędziliśmy razem! Ba, można powiedzieć, że prawie całe niedziele siedzieliśmy wspólnie przy stole. Rozmawialiśmy o rzeczach ważnych, nawet bardzo. Dowiedzieliśmy się bardzo szczegółowo jak wygląda pszczoła. Nauczyliśmy się na jakie pytanie odpowiadają przymiotniki. Poznaliśmy wiele słówek z angielskiego. I przerobiliśmy tabliczkę mnożenia w zakresie do 30. Tylko czy właśnie tak powinny wyglądać niedziele?

Marzyły mi się wspólne długie spacery. W czasie, których obserwowalibyśmy życie mrówek, a nie uczyli się o nich z książki. Może zatrzymalibyśmy się na piknik, gdzieś na pachnącej polnymi kwiatami łące. Moglibyśmy też wybrać się na wycieczkę, z bliska zobaczyć ruiny zamku czy pokręcić się na karuzeli, aż zawiruje nam w głowach. A może zostalibyśmy w domu i wspólnie upiekli ciasteczka, ulubionego kurczaka w musztardowej kołderce czy wspólnie ugotowali niedzielny rosół. Marzy mi się taka niedziela bez obowiązków. Żadnych. Leniwa. Bez konkretnych planów, bez przymusu i zadań do odrobienia.

Pomyślisz sobie pewnie, co ja się tak tej niedzieli czepiłam, przecież uczyć się czy odrabiać lekcje możemy w piątek czy w sobotę. Właściwie tak. Moglibyśmy. Ale od kilku tygodni w szkole przewidziane są przynajmniej dwie kartkówki na tydzień, do tego perspektywa rocznej diagnozy, sprawdzian z angielskiego i prace domowe, których nie wiedzieć czemu na weekend jest najwięcej. I gdy tak patrzę na tego mojego ośmiolatka, widzę jak na dłoni stres i zmęczenie. Mam wtedy ochotę wysmarować list do minister edukacji. Mam ochotę opowiedzieć jej o tym jak ustalonym programem ona i inne „tęgie” głowy niszczą weekendy mojego syna. I mam ochotę zadać jej karną pracę domową. Najlepiej niech napisze tysiąc razy „nie będę przemęczać dzieci zbędną nauką”, a potem niech narysuje budowę pantofelka (bo to jedna z tych niepotrzebnych rzeczy, które zostały mi w pamięci z podstawówki) i obliczy cotangens z bardzo skomplikowanej funkcji, tak skomplikowanej, że sama jej jeszcze nie wymyśliłam! I niech tak robi co tydzień, póki nic w systemie się nie zmieni. A potem wysyła do mnie do sprawdzenia, a ja czerwonym długopisem zaznaczę jej co do milimetra miejsca, w których wyszła za linię. Ach, na samą myśl poprawia mi się humor!

I w momencie gdy w myślach zaczęłam już skreślać dni do wakacji i nucić pod nosem z Niebiesko-Czarnymi „ale za to niedziela, niedziela będzie dla nas”, usłyszałam „Dzień dobry! Czy ma Pani kartę na punkty?”. I wróciłam do rzeczywistości, bo kolejka właśnie się przesunęła.

Reklama:

6 komentarze/y w poście “Niedziela dniem dla rodziny! Czy to jakiś żart?

  1. Trochę przekornie napiszę. Co ma pani minister do zadań domowych?
    Moja córka jest w 1 klasie (poszła jako 6 latka). W zwykłej, publicznej, malej, wiejskiej szkole. Ma fantastycznie zorganizowaną nauczycielkę. Nie ma zadań na weekend, nie ma zadań na Święta, ferie czy inne wolne dni. W ogóle zadań jest bardzo mało, a dzieci w szkole robią bardzo dużo! Łącznie z tym, że Pani lektury z nimi czyta w szkole. Ma niesamowite podejście, jest zorganizowana, korzysta z różnorodnych metod, ciekawych scenariuszy itp itd. Wszystko zależy od nauczyciela! Jaki cel tak naprawdę ma zadanie domowe?

    • Ula do zadań domowych może i niewiele, ale do z góry narzuconego programu owszem. Masz rację, że wiele zależy od nauczyciela.

      • program i owszem, ale przyznam szczerze, że przynajmniej na ten moment, uważam, że program jest słaby i mało wymagający od dzieci… no albo jest tak ogromna różnica między 1 i 2 klasą.

  2. Też zauważyłam, że u nas na placu zabaw dzieci często muszą szybko zmykać do domu, bo lekcje do odrobienia… 🙁 My będziemy próbować edukacji pozaszkolnej 😉 Zapisujemy w tym roku córkę do zerówki, ale realizujemy w domu 🙂

  3. Wydaje mi się że więcej zależy od nauczyciela niż ministrerstwa. My mamy to szczęście – że moja córa – aktualnie w 3 klasie – trafiła na moim zdaniem najlepszą nauczycielką klas 1-3 w szkole. U niej po prostu nie ma zadań domowych na weekend, święta. Doskonale rozumie że dzieciaki lepiej uczą się w praktyce niż teorii – i stara się pokazać im jak najwięcej właśnie na przykładach. Kilka – kilkanaście wycieczek w ciągu roku szkolnego z takimi maluchami to standard. Zorganizowała dzieciakom kącik na podręczniki, przybory i zestaw do ćwiczeń. Aby nie musiały to w tak młodym wieku nosić w plecakach w tą i z powrotem. Po prostu pedagog z powołaniem i naprawdę zdrowym podejściem do życia i dzieciaków 🙂 A teraz dzięki reformom reform;) i młodsza załapie się pod jej skrzydła 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *